Archiwum tematu ‘Gry planszowe’

Hej, to moja ryba!

Marcin Niebudek,

Może by tak świeżą rybkę na obiad? Tylko czy łatwo złapać jest upragnioną zdobycz, kiedy wokół kręci się stado przeciwników? Dzisiaj „Hej, to moja ryba!” od wydawnictwa Granna. Poznaliśmy tą grę na jesiennej Gratislavii. Tam mieliśmy okazję zagrać w starą edycję, która bardzo się mi i Tomkowi spodobała. Niestety zniknęła ona jakiś czas temu z półek sklepowych.

Hej, to moja ryba! - zawartość pudełka

Na szczęście Granna postanowiła wydać koleją edycję! I oto ona, w nowej szacie graficznej i… Nowym, mniejszym pudełku. A co w nim? W środku znajdziemy kafelki z krami lodowymi, na których leży 100 smakowitych rybek. Na niektórych jest jedna ryba, na innych dwie, a na tych najbardziej atrakcyjnych aż trzy sztuki naszego przyszłego obiadu. Kafelki są nieco mniejsze niż w poprzedniej edycji, ale to w zupełności nie przeszkadza. Za to są dużo czytelniejsze.

Drużyna pingwina

Do szczęścia brakuje nam tylko drużyny wygłodniałych pingwinów, a tych jest w pudełku cztery – każda liczy cztery zwierzaki. Figurki pingwinów są kolorowe, co dobrze pozwala je odróżnić w trakcie gry, a do tego każdy pingwin w drużynie wygląda inaczej.

No dobrze – jak więc będziemy zdobywać nasz obiadek? Na początek rozkładamy w sposób losowy planszę. Następnie kolejno ustawiamy po jednym pingwinie na wybranych kaflach z jedną rybą. Potem kolejne pingwiny i tak, aż rozstawimy wszystkie. W zależności od liczby graczy dysponujemy inną liczbą pingwinów, żeby na planszy nie było ani za ciasno, ani za luźno.

Hej, to moja ryba! W trakcie rozgrywki

Teraz przystępujemy do głównego wyścigu. W swojej kolejce można poruszyć jednego pingwina na inną krę. Ruch może się odbyć tylko po linii prostej, ale o dowolną liczbę pól. Przy czym nie wolno przeskakiwać innych pingwinów (tak – w taki razie będziemy blokować ruchy przeciwnikom), ani nie można przeskakiwać dziur w lodzie.

Tylko skąd te dziury? Ano stąd, że po poruszeniu pingwinem zdobywamy kafelek, na którym wcześniej ten pingwin stał. Chodzi więc o to, aby umiejętnie ruszając się pingwinami, blokując i odcinając przeciwników, zdobyć jak najwięcej z tych 100 ryb. Aby to zrobić, trzeba nieco pokombinować i ciągle zastawiać pułapki na przeciwników uważając przy tym, aby samemu nie zostać na dryfującej po morzu, samotnej krze.

Kategoria wiekowa

Gra przeznaczona jest oficjalnie dla dzieci od 8-lat. Da się w nią spokojnie grać z przedszkolakiem, ale oczywiście młodsze dzieci nie będą tak dobre w zastawianiu pułapek i blokowaniu przeciwników. Skupią się raczej na zbieraniu ryb nie zwracając uwagi na otocznie. W miarę grania zauważą, że trzeba uważać, aby nie zostać odciętym, a dopiero na koniec nauki przejdą do kontrataku. W tej grze dorosły gracz będzie miał przewagę nad dzieckiem (przynajmniej na początku), więc rodzic będzie musiał czasem odpuścić agresywniejszą grę, żeby nie zniechęcać dzieci oraz trochę potłumaczyć co i dlaczego sam robi.

Czego gra wymaga od dzieci / Czego ich nauczy?

„Hej, to moja ryba!”, to gra z kafelkami, których ubywa w trakcie grania, co samo w sobie jest dla dzieci ciekawe. Jest to gra logiczna, przez co będzie od dzieci wymagała analizowania różnych ruchów, planowania i podejmowania decyzji, którym pingwinem należy się teraz ruszyć i dokąd, aby zdobyć więcej ryb. Początkowo plansza jest duża i wiele może się na niej zdarzyć. To pozwoli rozwijać dzieciom wyobraźnię przestrzenną. Tutaj jest trochę jak w szachach – trzeba analizować możliwości ruchu swoich pingwinów oraz to jak mogą się ruszyć przeciwnicy.

Ocena

Bardzo lubimy tę grę. Nowe wydanie prezentuje się naprawdę atrakcyjnie, do tego rozgrywka jest szybka i emocjonująca. Ryby liczymy na koniec gry, więc młodsze dzieci nie będą się denerwowały ew. gorszym wynikiem w trakcie rozgrywki, a od nas samych zależy jak agresywna ta rozgrywka będzie.

Jedyne czego nie lubię w grach, a tutaj to występuje, to długi czas potrzebny na przygotowanie do rozgrywki. Zwłaszcza przy grach dla dzieci ma to znaczenie, bo te zaczynają się wiercić i pytać „no kiedy zaczynamy, kiedy, kiedy?”. Niestety kafelki trzeba na początku skrzętnie rozłożyć. Ale za to dałbym co najwyżej mały minusik do oceny, bo nie trwa to znowu aż tak długo i można to zrobić razem z dziećmi. Więc i tak zostaje zasłużona piątka. Polecam pingwinie wyścigi po rybkę na rodzinne granie z odrobiną myślenia i kombinowania!

Zobacz jak oceniamy…
5/5

Dziękujemy wydawnictwu Granna za przekazanie gry do recenzji!
Granna

Mały Książę – czy piękną książkę można zamienić w piękną grę?

Marcin Niebudek,

W tym roku mija 70-ta rocznica pierwszego wydania „Małego Księcia” autorstwa Antoine de Saint-Exupéry. Doczekaliśmy się więc gry planszowej „Mały Książę: Stwórz mi planetę„, którą REBEL.pl wydał właśnie po polsku! Czy można przełożyć tak niezwykłą książkę na grę? Okazuje się, że tak! Ale od początku…

Mały Książę - książka i gra

Już pudełko zdradza, że w grze wykorzystano oryginalne rysunki stworzone przez samego autora książki. Wewnątrz znajdziecie 80 kafelków w czterech rodzajach. Da się z nich złożyć w sumie 5 planetek Małego Księcia. Będą więc wśród nich elementy na środek planety oraz na jej zaokrąglone boki. Każdy z kafelków przedstawia różne zwierzęta, rośliny i przedmioty rodem z książki. Jeden ze stosów przedstawia postaci, które również zostały z książki zapożyczone.

Mały Książę - zawartość pudełka

W tych postaciach kryje się sedno rozgrywki. Gracze będą w kolejnych rundach zdobywać fragmenty do budowy własnej planety, aż skompletują ją całą. Wśród elementów, każdy z graczy zdobędzie też cztery z postaci, które będą miały pewne oczekiwania co do wyglądu planety. Za spełnienie tych oczekiwań gracze otrzymają na koniec gry punkty. Będzie więc tytułowy Mały Książę, który chce aby na planecie znalazły się różnego rodzaju owieczki oraz pudełka (pamiętacie, która z owiec narysowana przez autora najbardziej spodobała się Małemu Księciu w książce?). Będzie latarnik zainteresowany jak największą liczbą latarni. Będzie astronom, który będzie chciał, aby planetę otaczało jak najwięcej gwiazd, itd.

Wygra ten, kto najlepiej spełni oczekiwania wybranych przez siebie postaci, ale to nie wszystko. Na graczy czyha też kilka pułapek. Będzie trzeba wystrzegać się nadmiernej ilości baobabów (tak – w książce także Mały Książę opowiadał o konieczności pielęgnacji swojej małej asteroidy), bo gdy na planecie pojawią się trzy, wtedy będzie trzeba obrócić kafelki i stracić wszystko co się na nich znajdowało. Będzie się trzeba także wystrzegać wulkanów, gdyż ten, kto na koniec gry będzie ich miał najwięcej, straci przez to cenne punkty.

Mały Książę - Stwórz mi planetę

Rozgrywka jest ciekawa. Nie trwa długo, a sama tematyka jest bardzo atrakcyjna dla dzieci. Dla naszego syna gra była wręcz powodem do tego, aby podjąć próbę przeczytania książki, bo bardzo go zainteresowały przygody Małego Księcia.

Chcę napisać jeszcze o jednym elemencie mechaniki gry. Mianowicie, o kolejności graczy w trakcie tury. Zasady mówią, że grę rozpoczyna najmłodszy z graczy. Losuje on z wybranego stosu tyle kafelków ilu jest grających (tak, żeby każdy otrzymał swój kafelek) i wybiera jeden z nich. Następnie to on wybiera kto może wziąć następny z kafelków. Tak więc nie gramy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, tylko w kolejności wyznaczania następnego zawodnika przez samych grających. Ostatnia osoba staję się pierwszą w kolejnej turze.

Ta zasada wprowadza dodatkowy element interakcji (raczej negatywnej) pomiędzy graczami, bo można kogoś zablokować i pozbawić go wyboru, ale… Przy grze trzyosobowej można doprowadzić to efektu wiecznego drugiego gracza. Przy większej ilości osób, kolejność będzie się już zmieniać bardziej różnorodnie, ale i tak może dojść do jeszcze większego „zagłodzenia” jednego z graczy, który wiecznie będzie przedostatni i nie będzie miał możliwości wyjścia z tej sytuacji. Takie wyznaczanie jest też mniej zrozumiałe dla młodszych graczy, dlatego szybko zdecydowaliśmy się grać jednak zgodnie z ruchem wskazówek zegara, żeby każdy mógł być pierwszy, drugi, itd. Przynajmniej jeśli chodzi o granie rodzinne taka modyfikacja nie stanowi uszczerbku na frajdzie, jaką gra nam dawała.

Mały Książę - ilustracje rodem z książki

Warto jeszcze wspomnieć o wariancie 2-osobowym, który wprowadza element blefu, ponieważ nadal w trakcie jednej kolejki do wyboru są trzy kafelki, ale gracz rozpoczynający podgląda je wszystkie po czym jedne z nich zakrywa i jako pierwszy wybiera przeciwnik :-) Można więc tę osobę podpuszczać.

Kategoria wiekowa

To jest gra od 8 lat i faktycznie ma ona elementy, których młodsze dzieci nie zrozumieją, lub sobie z nimi nie poradzą. Wersja z blefem może być za trudna, ale to tylko opcja 2-osobowa. Jedną z postaci jest pijak, który punktuje kafelki obrócone w wyniku zdobycia zbyt wielu baobabów – starsi gracze to wykorzystają, młodsze dzieci miały kłopot ze zrozumieniem o co chodzi, pomijając już fakt, że przedszkolaki mogą nie wiedzieć kto to jest pijak. Ale w związku z tym, że tylko w grze 5-osobowej używa się wszystkich kafli, to spokojnie można tę postać na początku odrzucić, jeśli będzie sprawiała kłopot.

Grałem w Małego Księcia z 5- i 6-latkami u syna w przedszkolu i były zachwycone samą tematyką i oprawą. Budowanie własnych planetek z kafelków bardzo im się podobało, mimo, że nie miały pojęcia kim jest Mały Książę (no bo skąd miałyby wiedzieć). To zupełnie w niczym nie przeszkadza! Dzieci rozumieją co to znaczy, że jakaś postać chce aby na planecie było dużo różnych zwierząt, że ma być dużo słońc, itd. Sama gra długo się nie znudzi, więc można się nią zacząć bawić wcześniej niż z dziećmi szkolnymi i nadal czerpać z niej radość.

Czego gra wymaga od dzieci / Czego ich nauczy?

Dzieci będą musiały w tej grze realizować cele, jakie wyznaczają im wylosowane postacie. To bardzo wartościowa nauka. Nie chodzi tylko o układanie planetek (choć i to może stanowić zabawę samą w sobie), ale o to, żeby dokonywać wyborów zgodnych z własnym celem. Dzieci nauczą się oceniać, który element jest dla nich w danym momencie bardziej wartościowy. Trudność będzie stanowiło śledzenie czterech postaci na raz. Młodsze dzieci skupią się początkowo na 1-2 i będą przegapiać wymagania innych mieszkańców planety. Jednak w miarę grania będą w tym co raz lepsze i o to właśnie chodzi.

Starsze dzieci i dorośli spostrzegą, że czasem kluczem do zwycięstwa będzie nie tyle, co warto mieć u siebie, ile jaki element należy zabrać, żeby uniemożliwić przeciwnikom zdobycia dużej liczby punktów.

No i pomyślcie, że mimochodem dzieciaki wchłoną nieco świata wykreowanego przez Antoine de Saint-Exupéry.

Ocena

Gra jest wydana pięknie. Ilustracje są kolorowe, atrakcyjne i zrozumiałe dla dzieci. Instrukcja także jest piękna i przejrzysta. Gra jest doskonała w każdym wariancie ilości graczy, a w dodatku wersja dla dwóch osób czyni z niej doskonałą pozycję na szybką, ale ciekawą partyjkę dla rodziców. Jednym słowem, gra jest wspaniałą pozycją rodzinną. Daje nieco możliwości pokombinowania, za każdym razem stawia nieco inne cele i do tego przepięknie wygląda.

Już po pierwszych rozgrywkach wdarła się ona do grona naszych ulubionych gier. Szczerze polecamy granie nawet ze starszymi przedszkolakami, a dla rodziców dzieci szkolnych to moim zdaniem pozycja obowiązkowa. Z resztą nawet dorośli dobrze się będą przy niej bawili!

Zobacz jak oceniamy…
5/5

Dziękujemy REBEL.pl za przekazanie gry do recenzji!
REBEL.pl

Monza – turlanie wyścigowe

Marcin Niebudek,

Wczoraj napisałem o oswajaniu kostek do gry i ich ciekawym wykorzystaniu w „Nogach stonogi”. Jest jeszcze jedna gra z kostkami, którą uwielbiamy. To Monza, czyli szalone, kolorowe wyścigi samochodowe od wydawnictwa HABA.

Monza - zawartość pudełka

Tutaj kostki też nie przypominają tych zwykłych. Jest ich sześć i mają ścianki z kolorowymi kropkami. Kolory z kostek odpowiadają kolorom pól na torze, po którym będziemy się ścigać. W pudełku znajdziecie też sześć drewnianych wyścigówek, planszę oraz instrukcję do gry.

Tor składa się z trzech pasów podzielonych na kolorowe pola. Naszym zadaniem jest przebyć jedno okrążenie jak najszybciej (jak to na wyścigach), a poruszać nasz bolid będziemy właśnie dzięki kostkom. W swojej kolejce rzucamy wszystkimi sześcioma kostkami, a potem z kolorów, które wypadły musimy ułożyć kolejny etap trasy przejazdu. Aby poruszyć się na kolejne pole musimy mieć kostkę z odpowiednim kolorem kropki.

Monza w pełnej krasie

W przeciwieństwie do gry „Nogi stonogi”, tutaj nie przerzucamy kostek. Jeden rzut to wszystko co mamy. Natomiast należy użyć kostek tak, aby zajechać możliwie jak najdalej. Czasem kolejność wykorzystania kolorów będzie miała znaczenie. Czasem uda się nam poruszyć faktycznie o sześć pól, a czasem ruszymy się tylko o jedno pole, albo nawet utkniemy w miejscu na chwilę. Poruszać można się wyłącznie do przodu, dlatego w kliku miejscach będzie potrzebna konkretna sekwencja kolorów, która akurat nie będzie chciała wypaść. Będzie się tak działo zwłaszcza przy oponach, które stanowią dodatkową przeszkodę na trasie przejazdu.

Znów mamy grę z bardzo prostymi zasadami, która jest dynamiczna, emocjonująca i która, dzięki swej losowości, równo traktuje dzieci oraz graczy dorosłych. U nas rozgrywka w Monzę nigdy nie kończy się na jednej partii. Jest to, jak dotąd, nasza ulubiona gra od HABA.

Muszę wspomnieć jeszcze o wykonaniu. Wszystkie gry HABA jakie znam mają jedną wspólną cechę. Mają doskonałe, drewniane elementy najwyższej jakości, a wszystko co nie jest drewniane, także nie ustępuje im jakością. Nie musicie się też obawiać niemieckich nazw na pudełkach. Gier HABA jest naprawdę dużo i nie wszystkie zostały wydane po polsku, ale nigdy nie mają one elementów zależnych językowo. Nie mam jedynie pewności czy wszystkie dostępne u nas gry tego wydawnictwa posiadają polską instrukcję. Monza taką ma.

Kategoria wiekowa

Monza jest przeznaczona dla dzieci od 5 lat, ale moim zdaniem 4-latek także da sobie z nią radę. Gry HABA (przynajmniej te kilka, w które mieliśmy okazję grać) są zwykle dość ściśle dopasowane do deklarowanej kategorii wiekowej. Jeśli więc gra jest przeznaczona dla 3-latków, to będzie to faktycznie prosta gra, którą już 5-latek szybko się znudzi. Monzę lubimy dlatego, że taka nie jest i zapewnia tak samo emocjonującą rozgrywkę w każdym wieku.

Czego gra wymaga od dzieci / Czego ich nauczy?

Przede wszystkim młodsze dzieci będą musiały załapać, że po rzucie nie przestawia się kostek, tylko dopasowuje się je do możliwości ruchu na planszy. Być może części kostek nie da się użyć. Zdarzało się, że młodsze dzieci zamiast dostosować swoją trasę przejazdu do wyniku na kostkach, przesuwały swój samochodzik po torze, raz za razem przestawiając kostki tak, aby odpowiadały temu gdzie jedzie samochód :-) Za to gra dobrze ćwiczy u maluchów rozpoznawanie kolorów.

Starsze dzieci po prostu będą się ścigać i emocjonować przepychankami na torze w rywalizacji o pierwsze miejsce. Gra nauczy je jednak tego, że należy się przyjrzeć całej trasie przed sobą. Czasem zdarzy się bowiem, że patrzenie tylko na pole bezpośrednio przed autem spowoduje, iż wykorzystamy kostki mało optymalnie i gdyby wybrać nieco inną trasę, to dałoby się zajechać dalej.

Grę poleciłbym szczególnie chłopcom, gdyby nie to, że w przedszkolu dziewczynki ścigały się z równym zacięciem :D Także polecam wszystkim!

Ocena

Zobacz jak oceniamy…
5/5

Nogi stonogi – turlanie kostką nie musi być nudne

Marcin Niebudek,

Większości rodziców gry planszowe kojarzą się z, popularnym w czasach naszego dzieciństwa, Chińczykiem, Grzybobraniem lub innymi grami typu rzuć kością i się porusz (ang. roll and move). Jest jednak co najmniej kilka pozycji dla dzieci, które mogą odczarować nieco kostki. Jedną z nich są właśnie „Nogi stonogi” wydawnictwa Egmont.

Nogi stonogi - zawartość pudełka

Już po otwarciu pudełka zobaczycie, że kostki są o tyle niezwykłe, że zamiast oczek mają kolorowe kapcie, buty i skarpety. No i są cztery. W grze chodzi o to, aby rzucając takimi właśnie kostkami zdobyć jak najwięcej nóg dla swojej uśmiechniętej stonogi. W swojej turze każdy z graczy najpierw rzuca wszystkimi czterema kostkami, a potem może powtórzyć rzut dowolną liczbą kości jeszcze dwa razy. Celem jest uzyskanie odpowiedniej ilości skarpet lub butów w kolorze pasującym do dostępnych na stole elementów stonogi.

Kafelki z nogami mogą mieć dwie, trzy lub cztery nogi w tym samym kolorze. Na przykład, aby zdobyć element z czterema nogami, należy wyrzucić odpowiednie obuwie na wszystkich czterech kostkach. Czasem pomoże nam symbol słoneczka, który jest takim „jokerem” i można go użyć zamiast dowolnego buta.

Nogi stonogi - elementy

Ot i całe reguły. A jednak początkowo gra wymaga od dzieci innego spojrzenia na kostki. Muszą zrozumieć, że nie zawsze chodzi o to, żeby mieć najwięcej butów w tym samym kolorze, tylko takie, które pasują do kafelków jakie jeszcze zostały w grze. I do tego celu trzeba dostosować ewentualne przerzucanie kostek.

Tak więc w trakcie gry dzieci będą musiały rzucić kostkami, potem podjąć decyzję, co chcą osiągnąć i dostosować do tego pozostałe dwa rzuty. A ostatecznie może się okazać, że i tak będą musiały zmienić zdanie i wziąć inny kafelek, niż ten, który chciały zdobyć.

Gdy dzieciaki oswoją się już z nowym mechanizmem, możemy przejść do bardziej „drapieżnego” wariantu gry. Tym razem, oprócz kafelków pozostałych na stole, możemy też podbierać przeciwnikom kafelki z końca ich stonogi :-)

Zawsze chętnie siadamy do tej gry. Jest szybka i emocjonująca. Poza tym jest doskonałym wstępem do innych gier, gdzie zamiast zdawać się na jeden rzut kostką, możemy coś z wyrzuconych kostek dobrać, coś przerzucić i tym samym zdecydować o przebiegu rozgrywki.

Kategoria wiekowa

Gra przeznaczona jest dla dzieci od lat 4 i wydaje się to być trafne założenie. Młodszym dzieciom może być trudno zrozumieć (przynajmniej początkowo) o co chodzi z tym przerzucaniem i po co mają to robić. Za to, mimo że ta gra wydaje się pozycją dla młodszych graczy, to doskonale będzie się grało także starszym dzieciom i ich rodzicom, albo generalnie mieszanemu wiekowo towarzystwu.

Czego gra wymaga od dzieci / Czego ich nauczy?

Gra pozwoli dzieciom poznać inne zastosowanie kostek w grach. Możliwość ponawiania rzutów wybranymi kostkami wymaga podjęcia decyzji co się chce osiągnąć tak, aby potem wybrać odpowiednie kostki do przerzucenia. W tej szybkiej grze jest miejsce na małe decyzje. Czasem trzeba nawet ocenić ryzyko, czy warto wykonać kolejny rzut, czy może zostać z tym co już się ma. W zwykłych „turlankach” nie ma na to miejsca.

Niedawno Egmont informował o nowym dodruku „Nóg stonogi”, także gra powinna niedługo wrócić na sklepowe półki. Szczerze polecamy! Pozycja obowiązkowa dla każdego przedszkolaka i jego rodziców!

Ocena

Zobacz jak oceniamy…
5/5

Zamkowe granie we Wrocławiu

Marcin Niebudek,

W ostatni weekend, 16-17 marca, odbyło się w Centrum Kultury Zamek we Wrocławiu spotkanie z grami planszowymi. Po raz kolejny sklep z grami Planszóweczka.pl oraz Klub Koloseum dostarczyli setek gier dla małych i dużych. Dodatkową atrakcją dla dzieci była sala pełna klocków LEGO, które można było wypożyczyć i budować. Opiekę nad wypożyczalnią LEGO sprawował Salon Kreatywny.

Udało nam się na zamek dotrzeć w sobotę i zagrać w trzy gry – „Niagara”, „Totem” oraz „Cichutko jak myszka”. W między czasie Tomek wziął jeszcze udział w turnieju w „Duchy”. Niestety nie starczyło czasu na więcej, bo najmłodszy w ekipie (9 miesięcy) chciał już do domu, a starszy obowiązkowo musiał zajrzeć jeszcze na stoisko LEGO i zmontować choć jeden ze statków Star Wars :-)

Niagara

Niagara” to pięknie wydana przez Egmont gra polegająca na pokonywaniu rzeki małymi kanoe i przewożeniu kryształków do obozu. W trakcie gry mój syn przypomniał mi także o opcji podkradania kamieni innym, kiedy znienacka mnie dogonił i capnął mi jeden, zdobyty z wielkim trudem, klejnot :-)

Totem

Totem” z kolei to zabawna przepychanka o układ części klorowego totemu. Każdy z graczy ma swój tajny cel, który określa jakie elementy totemu muszą znaleźć się na trzech pierwszych pozycjach. Potem zaczyna się przekładanie, usuwanie, zamienianie i psucie szyków przeciwnikom. Niestety wydaje mi się, że zarówno nakład gry „Totem”, jak i „Niagara” wyczerpał się jakiś czas temu i chyba nie ma szans na dodruk. Obie gry strasznie nam się podobają, trzeba je będzie więc jakoś zdobyć.

Cichutko jak myszka

W przerwie zagraliśmy sobie w lekką grę zręcznościową od wydawnictwa HABA. „Cichutko jak myszka” polega na przeciskaniu patyczków przez dziurawe plastry sera. Każda dziura ma kolorową obwódkę, a dwie kostki określają przez jakiego koloru dziury należy patyk przeprowadzić. Wszystko to trzeba zrobić cichutko jak muszka, bo obu plastrów sera pilnują czułe dzwoneczki. Jeśli drgną i wydadzą dźwięk, to po nas – tracimy kolejkę. Co prawda podczas zamkowego grania nie ma mowy o tym, żeby usłyszeć te dzwonki, ale co tam ;-) I tak jest to lekka i zabawna pozycja. Z resztą w ofercie wypożyczalni było wiele gier HABA, które można było wypróbować, a które stanową doskonałą zabawę dla młodszych dzieci.

Tak więc spędziliśmy na zamku w Leśnicy dobrych kilka godzin. Bawiliśmy się doskonale i już czekamy na wiosenną Gratislavię! Zachęcamy także wszystkich do śledzenia tego typu spotkań w waszych miastach, bo są one zawsze świetną okazją do wspólnej zabawy i do poznania nowych gier. Planszówek jest na rynku zatrzęsienie, a takie imprezy to idealne miejsce, aby przed zakupem jakiegoś tytułu sprawdzić go sobie na żywo.

Dziękujemy organizatorom za trud włożony w kolejne fantastyczne spotkanie!

PS: Na naszym profilu na Facebooku jeszcze kilka zdjęć z grania na zamku.

Czy planszówki mogą nauczyć dzieci snucia opowieści?

Marcin Niebudek,

Dzieci uczą się mówić powoli. Proste dźwięki, pierwsze słowa, potem krótkie zdania. Ale to nadal długa droga do mówienia pełnymi zdaniami, czy opowiadania jakiegoś zdarzenia, tak abyśmy, my rodzice, dali radę to zrozumieć :-) Na szczęście planszomaniacy mają na to co najmniej kilka sposobów. Tak więc dzisiaj wpis chcę poświęcić trzem (no dobrze, praktycznie czterem) tytułom, które łączy jedno – pobudzają wyobraźnię dzieci i uczą je opowiadania historii.

Opowiem Ci Mamo

Pierwszy z nich, przeznaczony dla najmłodszych, to „Opowiem Ci Mamo” wydawnictwa Alexander. To nie jest gra, tylko zabawka dydaktyczna. Ale tak jak od puzzli, tak i od tego typu zabawek zaczyna się wprowadzanie dzieci w bardziej skomplikowane pozycje.

Opowiem Ci Mamo

W pudełku znajdziecie 20 solidnych, dwustronnych plansz. Na każdej widnieje obrazek przedstawiający fragment jakiejś historyjki. Dla ułatwienia powiązane plansze oznaczono w rogu jednakowymi symbolami. Zabawa polega na tym, aby z tych plansz dziecko wybrało jedną, a następnie spróbowało odnaleźć pozostałe pasujące do tej samej scenki. Następnie trzeba je ułożyć w takiej kolejności aby tworzyły logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Najlepiej jeśli dziecko postara się ułożoną historię opowiedzieć własnymi słowami.

Kategoria wiekowa

Zabawka przeznaczona jest 3-latków, ale dzieci nabywają umiejętności mówienia w bardzo różnym czasie. Także można zacząć zabawy wcześniej, jeśli dziecko zaczyna już budować zdania. Można historię opowiadać razem z dzieckiem. Wystarczy, jeśli na początek dziecko opowie co widzi na pojedynczym obrazku, a to my pokażemy mu co znaczy opowiedzieć historię z dwóch, trzech i czterech części. W końcu chodzi tutaj o zdobycie takiej umiejętności.

Co da nam taka zabawa?

Dziecko zacznie uczyć się opowiadać zdarzenia. Będzie mogło poćwiczyć rozpoznawanie przyczyny i skutku, następstw czasowych oraz układania opowieści w logicznym porządku. Moim zdaniem, to doskonały wstęp do wielu innych zabaw i gier, ale też świetna zabawka sama w sobie. Obowiązkowa pozycja dla każdego przedszkolaka.

Pluszaki Rozrabiaki – Opowieści z podróży

Pluszaki Rozrabiaki – Opowieści z podróży” została wydana przez Egmont. Wizytówką tego wydawnictwa jest to, że często zmienia swoim grom tematyką. I są to bardzo często, w stosunku do oryginału, zmiany na lepsze. Tak jest i z grą autorstwa Reinera Knizii, do której wkroczyli bohaterowie bajki animowanej „Pluszaki Rozrabiaki”. Zapamiętajcie sobie nazwisko autora. Dość powiedzieć, że ten pan jest autorem kilkuset gier dla dzieci i dorosłych. Wielokrotnie jeszcze traficie na jego gry i naszym zdaniem ich jakości można zaufać.

Pluszaki Rozrabiaki - Opowieści z podróży

Opowieści z podróży są grą pamięciową. Dlaczego więc ten tytuł trafił do mojego wpisu? Otóż zwykła grę pamięciową, przypominającą memo, rozbudowano tutaj o element opowiadania krótkich historyjek. Gra zawiera 5 dwustronnych plansz, a każda z plansz ma dwie ilustracje. Daje to 20 różnych scenek. Do tego mamy do dyspozycji 40 kartoników przedstawiających bohaterów bajki oraz różne przedmioty znane dzieciom (zabawki, przedmiotu codziennego użytku, itp.)

Gra ma dwa etapy. W pierwszym kolejno losujemy jeden kartonik z obrazkiem, a następnie musimy opowiedzieć krótką historyjkę, która połączy obrazek z kartonika oraz ilustrację na planszy. Potem zakryty kartonik kładziemy obok tej właśnie ilustracji. W ten sposób historyjka posłuży nam jako przypomnienie, co znajduje się na zakrytym kartoniku.

Gdy już rozłożymy kartoniki przy wszystkich ilustracjach, będziemy mieli w głowach kilka historyjek (ilość będzie zależała od tego, ile plansz użyjemy do gry). Teraz zaczynamy drugi etap, czyli rzucamy kostką i przesuwamy pionek kotki Zdrapki po kolejnych ilustracjach. Następnie musimy przypomnieć historyjkę, która związana jest z ilustracją, na której zatrzymała się kotka i odgadnąć co kryje się na zasłoniętym kartoniku. Jeśli zgadniemy, to zdobywamy kartonik, a w jego miejsce losujemy kolejny ze stosu, opowiadamy nową historyjkę i zakrywamy obrazek.

Proste prawda? A jednak zabawa sprawia dużo frajdy. W trakcie rozgrywki powstaje wiele różnych historii. Możliwych kombinacji jest bardzo wiele, przez co gra długo się nie znudzi.

Kategoria wiekowa

Gra przeznaczona jest dla dzieci od 4 lat, przy czym sama instrukcja dostarcza też wariant dla młodszych dzieci, mających problem z wymyślaniem historyjek. Rodzice mogą pomagać i wystarczy odgadywać hasła. Jednak cała zabawa, naszym zdaniem, tkwi właśnie w tym opowiadaniu. Dlatego już po pierwszej rozgrywce wykluczyliśmy możliwość zgadywania samych haseł bez opowiedzenia właściwej historii.

Co da nam taka zabawa?

Tutaj jest nieco inaczej niż w „Opowiem Ci Mamo”, bo nacisk nie jest położony na następstwo zdarzeń, ale na kreatywność w opowiadaniu. Historyjki mogą być dowolne. Mają tylko połączyć dwa różne obrazki w logiczną scenkę. O ile w „Opowiem Ci Mamo” sceny są raczej konkretne i opowieści będą się powtarzać, a dziecko będzie udoskonalało ich opowiadanie, to tutaj musimy puścić wodze fantazji i kombinować jak połączyć „balon” z „turniejem łuczniczym” :-) Dodatkowo gra wprowadza prostą mnemotechnikę, którą dzieci mogą zastosować do zapamiętywania jakiś istotnych informacji.

Pluszaki Rozrabiaki są doskonałym wstępem do ostatniej zabawy, czyli „Story Cubes”!

Story Cubes

Story Cubes” to zestaw 9 kostek z przeróżnymi obrazkami na ściankach. Zabawka, wydana przez REBEL.pl jest wręcz genialna w swojej prostocie. Rzucamy kostkami i z obrazków, które wypadły układamy opowieść. Tylko tyle? Nie! Aż tyle!

Story Cubes

Tutaj naprawdę można uwolnić swoją wyobraźnię i wymyślać niestworzone historie. Czy tylko z 9 kostek? Ależ skąd – zawsze można rzucić kostkami ponownie i kontynuować opowieść. Sprawdźcie do ilu kostek dojdziecie! Story Cubes tak się nam spodobały, że dokupiliśmy do nich zestaw „Voyages” (Podróże), który wprowadza dodatkowe symbole rodem z bajek o wielkich podróżach i niesłychanych przygodach.

Story Cubes - Voyages

Zastanawiacie się jakie opowieści powstają dzięki kilku prostym kostkom? Oto krótka próbka:

Co by było, gdyby, mieszkającą w indiańskiej wiosce, owieczkę odwiedził stary znajomy żuk, który, wracając do domu samolotem, z dopiero co poznanym czarodziejem, wlecili w straszliwą burzę z piorunami? No cóż… musieliby skakać na spadochronach… Prosto do fontanny :D

Albo:

Pewien szeryf, na prośbę króla, udał się na poszukiwanie magicznej siekiery samodzielnie potrafiącej rąbać drewno do kominka. Podróż była długa, a na swojej drodze szeryf spotkał gadającego żółwia, kraba, kruka (od którego otrzymał tajeminicze złote jajo) i wiele innych ciekawych stworzeń…

Tak… Story Cubes są doskonałe!

Kategoria wiekowa

Teoretycznie gra przeznaczona jest dla dzieci od 6 lat, ale jest to tak swobodna zabawa, że jeśli tylko dziecko będzie potrafiło rozpoznać obrazki na kostkach, to już można się próbować bawić. Zabawa wymaga treningu. Na początek dziecko (Ba! Dorosły też!) może mieć problemy z ułożeniem historii z wszystkich kostek. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zacząć od czterech czy pięciu, albo pozwolić opowiadać ile się chce z tego co wypadło (np. kto opowie dłuższą historię).

Z czasem dzieci nauczą się odchodzić od bezpośrednich znaczeń obrazków na kostkach i np. owca zacznie oznaczać wieś, a samolot – podróż. Wasze dzieci zaskoczą was trafnością swoich skojarzeń. Bawiliśmy się kostkami także u Tomka w przedszkolu. W większej grupce dzieci zaczną podchwytywać historyjki innych i np. użyją tych samych bohaterów aby wymyślić dalszy ciąg, albo inną przygodę. To dopiero jest zabawa.

Na zakończenie

Czy to koniec zabaw w opowiadanie? Oj nie… Musimy jeszcze spróbować „Story Cubes – Actions” (czyli jeszcze więcej kostek :-)). Natomiast kolejny etap to gra „Dawno, dawno temu”, która czeka już na nas na półce. Z pewnością jeszcze o niej kiedyś napiszemy. Tymczasem wystawiam wszystkim trzem pozycjom ocenę 5/5 bo każda z osobna jest pozycją, którą szczerze polecam, a w dodatku razem stanowią wspaniały zestaw kreatywny dla dzieci i rodziców.

Ocena
Zobacz jak oceniamy…
5/5

Smok Obibok Detektywem

Marcin Niebudek,

Czy lubicie zagadki? My bardzo. A najbardziej takie, gdzie opisujemy hasło z obrazka. Obrazek przed oczami pomaga zwłaszcza młodszym dzieciom. Okazało się, że najlepszego zbioru dostarczył nam Smok Obibok, czyli dwie gry – „Zagadki Smoka Obiboka” oraz „Nowe Zagadki Smoka Obiboka„. Obie gry wydała Granna.

Zagadki Smoka Obiboka

Nowe Zagadki Smoka Obiboka

W pudełkach znajdziecie po 135 kart z rysunkami przedstawiającymi różne przedmioty, zwierzęta, miejsca, itp. Na odwrocie każdej karty jest krótki wierszyk-zagadka, na który odpowiedzią jest właśnie hasło z obrazka. Dodatkowo pierwsza część cyklu zawiera plansze ze Smokiem obibokiem służące do zbierania punktów za odgadnięte hasła, natomiast druga zawiera 6-elementowe puzzle z postacią wesołego smoka. Kto pierwszy ułoży swoje puzzle ten wygrywa.

Ale, ale… Bawimy się kartami ze Smoka Obiboka od 2-3 lat i nie używamy wierszyków (a przynajmniej dużo rzadziej niż samych obrazków). Oryginalne zasady obu gier mówią o dorosłym lub starszym dziecku, umiejącym odczytać zagadki. Pozostali gracze zgadują. My tymczasem dajemy naszemu synowi zadawać nam zagadki na podstawie ilustracji i dzięki temu mamy powtórkę z programu „Do trzech razy sztuka”, który prowadził Andrzej Zaorski, a później Jerzy Kryszak. Pamiętacie?

Tak – dzieciaki zadające zagadki były bezbłędne. I to właśnie w ten sposób najbardziej lubimy się bawić Smokiem Obibokiem. Zadajemy zagadki własnymi słowami używając haseł z obrazków. Oczywiście to dlatego, że chodzi o zabawę rodziców z dzieckiem, a w tym przypadku to nawet dziecka z rodzicami, bo jako rodzice bawimy się świetnie. Niech za przykład posłuży pasek do spodni, który Tomek kiedyś opisywał rozpoczynając od słów „To służy do niczego…”.

Karty Smoka Obiboka

Hasła i obrazki w obu częściach gry są bardzo czytelne i zrozumiałe już dla najmłodszych dzieci. Co więcej, czym dziecko młodsze, tym frajda ze zgadywania dla rodziców większa. Kart jest na tyle dużo (zwłaszcza, gdy ma się oba zestawy), że gra nie nudzi się bardzo długo i można do niej wracać wielokrotnie. Tak naprawdę, naszym zdaniem, same te karty zagadek są warte zakupu obu wersji gry. Nie znamy lepszego i większego zestawu zagadek obrazkowych dla przedszkolaków.

No właśnie. Jak widać z powyższego opisu, dość lekko traktujemy reguły samej gry zaproponowane w oryginalnych instrukcjach. To prowadzi do odpowiedzi na pytanie dlaczego Smok Obibok został w naszym tytule detektywem.

Otóż od dawna, i przy z niezmiennym zainteresowaniu naszego syna, wykorzystujemy karty do jeszcze jednej zabawy. Nasz syn zostaje detektywem. Okazuje się, że gdzieś w domu ukryty jest smakołyk, albo inny mały skarb. Tomek otrzymuje kartę wskazówkę, która pokazuje miejsce, gdzie znajdzie następną podpowiedź prowadzącą do nagrody. A tam następną, i jeszcze jedną… Wśród 270 kart znajdziecie wiele, które będziecie mogli zastosować we własnym domu.

Przykładowa zabawa w detektywa wyglądała tak:

Smok Obibok Detektywem

Szczerze polecamy obie części „Zagadek Smoka Obiboka„. Od dawna zapewniają nam dobrą zabawę, dlatego dostają od nas, w pełni zasłużoną, piątkę!

Kategoria wiekowa

Oficjalnie gra jest przeznaczona dla dzieci w wieku 4-7 lat, ale można zacząć wciągać w zagadki obrazkowe już gadatliwego 3-latka. Odgadywanie wierszyków będzie trudniejsze i tutaj kategoria wiekowa podana na pudełku jest trafna.

Czego gra wymaga od dzieci?

Zagadki uczą dzieci myślenia i kojarzenia ze sobą różnych elementów. Młodsze dzieci będą mogły też poćwiczyć formułowanie pełnych zdań no i ukrywania prawdziwej odpowiedzi przed rodzicami (samo zadawanie zagadki początkujący maluch rozpocznie zwykle od podania co widzi na obrazku :-)). Zagadki to dobry wstęp do gier, w których trzeba utrzymać coś w tajemnicy.

Ocena

Zobacz jak oceniamy…
5/5

Oswajanie: Wsiąść do Pociągu cz.1

Marcin Niebudek,

Mam nadzieję, że zaciekawił was pierwszy wpis z serii oswajania. Czas więc na następny. Tym razem przyjrzymy się naszym zmaganiom z drugą grą zaliczaną, obok „Carcassonne” i „Osadników z Catanu”, do Świętej Trójcy gier planszowych polecanych na start. Mowa o serii „Wsiąść do Pociągu„. Celowo piszę o serii, bo posiadamy wersję podstawową „Europa” oraz dodatkowe mapy Indii i Szwajcarii, ale wszystko, co napiszę, będzie pasować do każdej innej części tej gry.

Wsiąść do pociągu - Indie

Wsiąść do Pociągu Europa” to doskonale wydana i równie miła w rozgrywce rodzinna gra o budowaniu sieci połączeń kolejowych na mapie Europy. Każdy z graczy losuje karty połączeń, jakie ma zrealizować w czasie gry. Do dyspozycji ma na start kilka kart wagonów w różnych kolorach oraz karty lokomotyw, które pełnią rolę jokerów. Dostaje także plastikowe wagoniki do zaznaczania na mapie zbudowanych już tras. W trakcie rozgrywki gracz zdobywa kolejne wagoniki i buduje połączenia. Problem polega na tym, że te połączenia wymagają wagonów konkretnego koloru. W dodatku często tylko jedna osoba będzie mogła zająć dane połączenie (nie wiemy przy tym jakie drogi starają się zbudować przeciwnicy). Wygra ten, kto zrealizuje przy pomocy swoich 45 plastikowych wagoników jak najwięcej, jak najlepiej punktowanych połączeń.

Niby proste, ale nie bez powodu gra przeznaczona jest dla graczy od 8-go roku życia. Trzeba bowiem w tajemnicy przed innymi graczami przeczytać i odnaleźć trasy, które wylosowało się na kartach. Trzeba tę tajemnicę zachować do końca gry. Wreszcie, trzeba skoordynować równoczesną budowę dość rozbudowanej sieci wielu połączeń. Z całą pewnością wykracza to ponad zdolności przeciętnego przedszkolaka.

Jednak gdy nasz Tomek pierwszy raz zobaczył wielką kolorową planszę i mnóstwo kolorowych wagoników, to oczy aż zabłysły mu chęcią zagrania z rodzicami. No więc zaczęliśmy oswajanie…

Oswajanie – ETAP 1

Do dyspozycji mamy 4-latka, planszę, plastikowe wagoniki i karty wagonów. Trasy zostają w pudełku (przyjdzie na nie czas). Pierwsza zabawa polegała na nauczeniu się zdobywania tras przy pomocy kart. Zasady są takie:

  • gramy w otwarte karty
  • każdy ma na start 5 kart wagonów
  • w swojej kolejce wolno albo dobrać dwie karty z tych odkrytych, albo zbudować trasę z kart, które się posiada
  • trasa może być gdziekolwiek – ważne, żeby karty wagonów pasowały
  • kończymy jeśli komuś skończą się plastikowe wagoniki

Na początku nie określaliśmy warunku zwycięstwa. Po prostu bawiliśmy się w układanie tych tras. Chodziło bardziej o nauczenie syna dobierania kart, decydowania o tym, które karty są mu teraz potrzebne i liczenia posiadanych kart i tego ile ich potrzeba do zbudowania trasy (najdłuższa trasa na planszy Europa wymaga 9 wagonów, ale większość to trasy o długości 3-4, i na takie nasz syn najczęściej się decydował).

Oswajanie – ETAP 2

Zabawę zmieniamy w grę. Naszym warunkiem zwycięstwa było to, kto pierwszy wybuduje trasy za wszystkie swoje plastikowe wagony. Czasem dodawaliśmy jeszcze modyfikację polegającą na tym, że każda kolejna trasa musi być połączona z poprzednimi. To powodowało, że bardziej trzeba zwracać uwagę na to, jakie karty się zbiera zamiast budować co popadnie za to, co się akurat ma.

Oswajanie – ETAP 3

Do gry wkraczają karty tras. Ale nadal wszystko jest jawne. Z wszystkich dostępnych kart wybieraliśmy kilka tras o podobnej długości (na początek te krótsze, potem te długie). Każdy losował sobie jedną taką trasę. Dostępnymi w zestawie dworcami oznaczaliśmy na planszy stacje początkowe i końcowe, żeby łatwiej było Tomkowi ogarnąć cel. Później bawiliśmy się jak dotąd, czyli kto pierwszy zbuduje swoją trasę. Czego tym razem chcieliśmy się nauczyć? Tylko tego jak się mają karty tras do stacji na mapie. Tego, że to karty wyznaczają nam co powinniśmy budować. Dzięki oznaczeniu początku i końca trasy dziecko się nie pogubi.

Później można przejść do wariantu, gdzie:

  • na start losujemy po jednej trasie i zaznaczamy je dworcami
  • kiedy ktoś skończy trasę, to losuje następną i zaznacza ją dworcami
  • gra toczy się do momentu kiedy komuś skończą się plastikowe wagoniki
  • wygrywa ten, kto wykonał najwięcej tras (warto przefiltrować stos kart i dobrać trasy o podobnej wartości)

Oswajanie – ETAP 4

Znów etap, który dopiero przed nami. Kiedy Tomek będzie umiał sam odczytać karty tras, przejdziemy do wariantu tajnego. Zakładam, że nasz syn będzie wtedy też w stanie spełnić drugi warunek, czyli nie mówić nam, podskakując na krześle, które trasy wylosował ;-)

Tymczasem polecam tę grę. Wiem, że żaden z tych wariantów nie zastąpi dorosłym rozgrywki wg prawdziwych zasad, ale zabawa i tak jest przednia. No i fajnie jest grać z dzieckiem w planszówkę dla starszych.

Oswajanie: Carcassonne cz. 1

Marcin Niebudek,

Oswajanie gier planszowych – to był mój pierwszy pomysł na ten blog. Z czasem ewoluował nieco, ale i tak będę się starał co jakiś czas pisać właśnie tego typu teksty. O co więc chodzi? Otóż mamy w domu bardzo różne gry planszowe. Mamy takie dla maluchów, mamy dla trochę starszych dzieci, mamy wreszcie gry dla młodzieży i dorosłych. Tak przynajmniej wynika z sugerowanej na pudełku kategorii wiekowej.

No właśnie, kategorie sobie, a przedszkolak pozostanie przedszkolakiem. Od samego początku eksperymentujemy więc na Tomku z grami dla starszych. Wymyślamy zabawy, upraszczamy reguły, eliminujemy niektóre elementy tak, aby dostosować grę do jego aktualnych umiejętności. Te się rozwijają i często wracamy po jakimś czasie do takich gier, żeby pokonać kolejny etap.

Jedną z takich gier jest Carcassonne, która teoretycznie jest grą od 8 lat. W sieci można znaleźć wiele recenzji tej gry, więc nie będę pisał swojej. Niech wystarczy tyle, że w każdym rankingu na temat tego, od czego zacząć przygodę z planszówkami nie może zabraknąć Carcassonne. I jest to rekomendacja jak najbardziej słuszna.

Carcassonne

Carcassonne to gra, w której kolejno losujemy kafelki przedstawiające fragment królestwa. Staramy się je dołożyć do już leżących na stole tak, aby drogi pasowały do dróg, a miasta do miast. W dodatku staramy się opanować fragmenty tego królestwa przy pomocy pionków reprezentujących naszych poddanych. Gra jest doskonała w każdym gronie, ale czy da się w nią grać z młodszymi dziećmi?

Istnieje specjalna, uproszczona, wersja „Dzieci z Carcassonne”, ale nigdy w nią nie graliśmy. Za to pierwszy raz zaprosiliśmy do „dorosłej” wersji Tomka, kiedy miał 3 lata.

Oswajanie – ETAP 1

Znowu muszę przywołać puzzle. Będą one wracać w moich wpisach jak bumerang, bo uważam, że ich rola w wychowaniu fana gier planszowych jest nie do przecenienia :-).

No więc Carcassonne od pierwszego momentu przywołuje na myśl właśnie układanie puzzli. Skoro nasz 3-latek był już nieco przećwiczony i w dodatku potrafił określić, że na kafelku widzi drogę, domki i miasta, to naturalną okazała się zabawa w samo układanie mapy królestwa. Zaletą Carcassonne jest to, że kafelki można ułożyć za każdym razem w inny sposób, przez co gra długo się nie nudzi.

Później do układania dorzuciliśmy zabawę, w układanie najdłuższej drogi oraz największego miasta. Następnie przyszła przerwa na inne gry i zabawy.

Oswajanie – ETAP 2

Do Carcassonne wróciliśmy z Tomkiem kiedy miał 5-lat (choć jestem przekonany, że można było nawet nieco wcześniej). Posiadamy wersję podstawową z dodatkiem „Karczmy i katedry” oraz „Wieża”. To daje ponad 100 kafelków i zabawę dla 3 osób na około 30-40 minut. Zaczęliśmy grać z Tomkiem na punkty z użyciem pionków, ale przy pomocy następujących zasad:

  • używamy tylko małych pionków (dużym z dodatku „Karczmy i katedry” liczymy punkty)
  • nie zajmujemy sobie celowo dróg i miast (chyba, że przez przypadkiem się połączą, bo np. zaczynały się niedaleko siebie)
  • nie obstawiamy łąk (tutaj tata musiał poświęcić swoją ulubioną strategię)
  • naliczamy bonus za tarcze na kafelkach miast (przedszkolak spokojnie rozumie, że to bardziej wartościowy kafelek)
  • naliczamy podwójne punktu za drogę z karczmą (wg zasad z dodatku – jak wyżej dziecko rozumie, że fajniej taką karczmę mieć przy swojej drodze)
  • naliczamy premie za katedry (wg zasad z dodatku)
  • naliczamy punktu za klasztory (wg normalnych zasad)
  • nie używamy wież (nawet mama ich nie lubi, w przeciwieństwie do taty ;-))

Taka wersja zaczyna już przypominać normalną, dorosłą rozgrywkę tyle, że bez negatywnej interakcji i wrogich przejęć. W ten sposób gra nie nudzi się dorosłym, a nasz syn jest nią bardziej zaciekawiony. Jesteśmy już niedaleko pełnych zasad podstawowych.

Oswajanie – ETAP 3

No, ten etap jeszcze przed nami. Czyli niedługo spróbujemy wprowadzić podbieranie sobie miast i dróg, a o tym, jak nam poszło napiszemy kiedy się już dokona :-) Tymczasem chcę was zachęcić do próbowania wciągania dzieci w gry dla starszych. Ktoś mógłby powiedzieć, że takie ogałacanie gier z poszczególnych elementów to już nie to samo, ale myślę, że cel jest istotniejszy. Chodzi o to, żeby nasze dzieci grały z nami nie tylko w Memo czy Chińczyka.

Poza tym, jeśli do tej pory myśleliście o planszówkach tylko jako rozrywce dla dzieci, ale przez myśl nie przeszło wam, żeby zagrać też czasem BEZ dzieci, to Carcassonne się do tego doskonale nadaje. Kupcie ją sobie, albo nie… Kupcie ją pod pretekstem gry z dziećmi, a potem sami spróbujcie :D Będę was czasem próbował zwieść na manowce tego hobby.

Straszne Schody – duchy, karty i dobra pamięć

Marcin Niebudek,

Pisząc ostatnio o zabawie puzzlami, wspomniałem o grach typu Memory. Pierwszą, w kształcie znanym dzisiaj, wydano w 1959 roku, chociaż sama gra pojawiała się w różnych formach już dużo wcześniej. Memory polega na odnajdywaniu par takich samych żetonów, przy czym są one zakryte i wolno nam w każdej kolejce odkryć tylko dwa z nich. Jeśli nie trafiliśmy pary to zakrywamy żetony i próbę podejmuje następny gracz. Gra wymaga więc zapamiętywania położenia obrazków.

Powstała niezliczona ilość różnych wersji tej gry. Jest to doskonały wybór dla najmłodszych. Nie trzeba tutaj liczyć, rzucać kostką. Wystarczy zapamiętywanie obrazków, a w tym dzieci są doskonałe. Każdy znajdzie też wersję dla siebie. Twoje dziecko lubi auta, zwierzęta, wróżki, Kubusia Puchatka czy inne postaci z bajek? Na pewno znajdzie się Memory o takiej tematyce.

Powstało też wiele gier dla starszych dzieci, które wykorzystują zapamiętywanie jako główny element zasad gry. Nam wpadła w ręce właśnie jedna z takich gier, czyli Straszne Schody (Geister Treppe) w wersji karcianej wydane prze niemieckie wydawnictwo Drei Magier Spiele.

Straszne Schody - pudełko

W niewielkim pudełku znajdziecie mini planszę w kształcie koła, kart do gry oraz instrukcję (w tym w języku polskim, także nie obawiajcie się niemieckiego tytułu na pudełku).

Okazuje się, że ciekawskie dzieci chciały zwiedzić pewną posiadłość zamieszkałą przez ducha. Ten jednak postanowił spłatać im psikusa i pozamieniał je w duszki. Dzieci jest czworo (niebieskie, czerwone, zielone i żółte karty) i błąkają się teraz po strasznych schodach, które przedstawia właśnie ta okrągła mini-plansza. Naszym zadaniem będzie odgadywanie, który duch jest którym dzieckiem.

W grze występują też karty ducha powodujące zmiany miejsc kart dzieci wokół planszy. To jest właśnie sednem tej gry pamięciowej. Dzieci startują co prawda na znanych pozycjach, ale już po chwili trzeba wysilić pamięć, żeby nadal być w stanie powiedzieć, gdzie kryje się np. zielona karta.

Straszne Schody - na stole

Gra jest szybka, a pojedyncza partia zajmuje maksymalnie 10 minut. W tym czasie przed oczami krążą nam duszki, a odkrywaniu kart towarzyszy dużo śmiechu (zwłaszcza gdy ktoś się pomyli i do zgadywania przystępuje następny gracz, który tylko na to czekał). Czasami zdarza się, że karty ułożą się tak, iż łupem jednego gracza może paść ich duża liczba, co jest później nie do nadrobienia. Ale i tak nie skończy się na jednej partyjce, więc każdy będzie miał szansę się odegrać.

Jeśli znudziło się wam zwykłe Memory, albo po prostu wasze dziecko już z niego wyrosło, to ta gra w bardzo przyjemny sposób odświeża element pamięciowy. Układ kart zmieniający położenie dzieci jest losowy, więc o wygranej w dużym stopniu decyduje też szczęście. Z jednej strony może to być wadą dla starszych graczy, ale dzięki temu dzieci mają w niej dokładnie takie same szanse jak ich rodzice.

Kategoria wiekowa

Oficjalnie gra jest przeznaczona dla dzieci od 5 lat, ale powinny poradzić sobie również 3- i 4-latki (zwłaszcza grając wraz z rodzicami, którzy przypomną znaczenie kart). Raczej dla przedszkolaków, bo dla dzieci w wieku szkolnym nie będzie stanowiła atrakcyjnego wyzwania.

Czego gra wymaga od dzieci?

Zapamiętywania pozycji kart wokół planszy (karty są 4). Pogodzenia się z nieprawidłowym trafieniem. Pogodzenia się z losową przegraną.

Ocena

Zobacz jak oceniamy…
4/5